Aktualności

Okna do Liberii

Radosław Szczęsny z RITS jedzie na misję do Liberii, żeby uczyć informatyki i kupić sprzęt dla szkoły w Tappicie. Rozmowa o przygotowaniach i projekcie „Windows to Liberia".

Liberia - niewielki kraj w zachodniej części Afryki, liczący nieco ponad 4,5 miliona mieszkańców. Różni się od państw europejskich pod wieloma względami, między innymi tym, że są tam tylko dwie pory roku: sucha i deszczowa. Nasz pracownik, Radosław Szczęsny, wyrusza w lipcu na misję, by pomagać na miejscu i jednocześnie uczyć informatyki. Kupi też niezbędny sprzęt.

Zacznijmy od początku - jak to się stało, że pojawił się pomysł wyjazdu na misję?

Działamy w programie wolontariatu misyjnego „Młodzi Świat”, który funkcjonuje we Wrocławiu od ponad 10 lat. Odpowiada za pomoc placówkom misyjnym i przygotowywanie ludzi do wyjazdów. Przez te lata udało się wysłać ponad 60 osób, co jest bardzo dobrym wynikiem. Cały proces przygotowania trwa 2 lata. W tym czasie zdobywamy niezbędne doświadczenie i poznajemy kraje, do których mamy jechać, oraz same placówki. I nie mówimy tu tylko o Afryce, bo nasze placówki są też w Azji (Mongolia i Indie), a jedna w Brazylii, więc tych miejsc jest naprawdę dużo. Z salezjanami jestem związany od dziecka. Najpierw chodziłem do oratorium, potem zostałem animatorem, a gdzieś dalej przerodziło się to w większą chęć pomagania. Nie ukrywajmy: w Polsce mamy się bardzo dobrze. Żyjemy dobrze, nawet w czasie pandemii koronawirusa. Są jednak kraje w znacznie gorszym położeniu. Nie mają takich możliwości - i właśnie dlatego jest pomysł, żeby polecieć i coś oddać.

Dlaczego Liberia? To ty zaproponowałeś to miejsce?

Jako wolontariusze wypełniamy wniosek o wyjazd na misję i w tym wniosku możemy napisać, gdzie chcielibyśmy polecieć. Ostatecznie jednak godzimy się na to, gdzie lecimy, bo kierunek wybiera kierownictwo programu. Szczerze mówiąc, nie ma dla mnie znaczenia, czy polecę do Liberii, czy do Brazylii. W tych krajach wszędzie potrzebna jest pomoc i dlatego bardzo się cieszę, że jadę ze swoimi kompetencjami IT. Postaram się zrobić, co w mojej mocy. Liberia, Brazylia czy inne takie miejsca to kraje o znacznie gorszych warunkach życia niż nasze, więc pomoc jest potrzebna wszędzie.

Jesteś na pewno przygotowany wiedzą o kraju, do którego jedziesz. Możesz powiedzieć więcej o tym miejscu?

Liberia ma bardzo piękną historię. To kraj założony przez byłych niewolników z Ameryki, którzy tam osiedli - dlatego ich flaga jest bardzo podobna do amerykańskiej. To, jak radzą sobie dzisiaj, jest niesamowite. Do niedawna Liberia zmagała się z bardzo dużą plagą eboli, która poważnie zdewastowała kraj, podobnie jak dwie wojny domowe sprzed kilkunastu lat. To, że Liberia mimo wszystko wciąż dobrze się rozwija i jest jednym z lepiej rozwijających się krajów afrykańskich, jest dla mnie zdumiewające. Niemniej warunki życia i standardy są bardzo ograniczone. Żeby to zobrazować nam, ludziom pracującym w branży IT: pakiet 20 GB internetu kosztuje tam 40 dolarów. Dla porównania pensja nauczyciela wynosi od 60 do 80 dolarów miesięcznie - widać więc, jak małe są to zarobki przy takim przeliczniku i jak trudne jest tam życie. To tylko jeden przykład z perspektywy IT, a w Tappicie, do której jadę, nie ma nawet żadnego sklepu. Raz w tygodniu, w środy, jest tam targ, na którym ludzie zbierają się i sprzedają to, co uzbierali własnymi rękami. A mówiąc o Tappicie - to małe, dziesięciotysięczne miasteczko położone w buszu. Składa się wyłącznie z małych domków w środku lasu.

Czy każdy może polecieć do Liberii? Jakie są ograniczenia prawne i szczepienia, żeby móc wjechać do tego kraju?

Są wizy - to chyba największe ograniczenie prawne. Oczywiście trzeba też pamiętać o szczepieniach. Wiadomo, że jedziemy do Afryki, a jest wiele chorób, przeciw którym trzeba się zaszczepić, więc przechodzimy to przed wyjazdem. Teraz bardzo ważne jest też monitorowanie rozprzestrzeniania się koronawirusa, bo skala zachorowań decyduje o nakładaniu lub luzowaniu obostrzeń. U nas w Europie mamy dużo zakazów i nakazów związanych z covidem. W Afryce tych ograniczeń nie ma aż tak wiele, więc szczerze mówiąc, łatwiej polecieć do Liberii niż wrócić.

Do Liberii nie jedziesz z pustymi rękami. Co ze sobą zabierasz?

W naszym projekcie ważny jest dodatkowy zakup sprzętu dla Tappity, bo będziemy tam razem z Kubą, wolontariuszem, z którym wyjeżdżam, uczyć dzieci informatyki. W tej chwili w Tappicie są trzy działające komputery, a niektóre klasy liczą 45 osób. Łatwo policzyć, że na jeden komputer przypada 15 uczniów. U nas to nie do wyobrażenia, bo niektórzy mają po dwa czy trzy komputery na osobę. Dlatego bardzo ważna jest dla nas zbiórka pieniędzy na zakup sprzętu. Z powodu cła nie będziemy w stanie przewieźć 10 laptopów. Planujemy zabrać dwa laptopy na osobę, a pozostałe kupić na miejscu. Nie chcemy prowadzić zbiórki używanego sprzętu, bo trzeba pamiętać, że w Polsce mamy serwisy IT na każdym kroku, które pomogą naprawić komputer, a i sam często mam na tyle wiedzy, żeby przywrócić niektóre zepsute funkcje. W Afryce nie wiedzą tyle o komputerach, ich naprawie i utrzymaniu, ile my. Dlatego laptopy chcielibyśmy kupić w stolicy, Monrowii, do której pojedziemy na samym początku. Dzięki temu komputery będą na gwarancji i nawet jeśli się zepsują, łatwiej będzie je naprawić na miejscu - mimo że Tappitę i stolicę dzieli 8 godzin drogi. Zakup takiego sprzętu to niewątpliwie ogromna pomoc dla tych ludzi, bo dzięki niemu zyskają dostęp do informacji.

Jak realnie możemy dołożyć się do zakupu laptopów na drugim końcu świata?

Razem z Kubą prowadzimy fanpage na Facebooku „Windows to Liberia” - tak nazywa się nasz projekt. Z jednej strony „windows” po angielsku to okna do Liberii, z drugiej niemal każdy kojarzy Windows z komputerem, bo to rodzaj oprogramowania. Mamy tam założoną zbiórkę, do której można się dołożyć. Poza tym nasz salezjański wolontariat misyjny ma na swojej stronie możliwość wpłaty na konkretny cel, do czego również mocno zachęcam.

Kiedy dokładnie planujesz wyjazd?

Wylatujemy pod koniec lipca, a wracamy na początku września. To półtora miesiąca pracy i pomocy. Oczywiście covid jest zagrożeniem i to też bierzemy pod uwagę.

Czy po prostu, po ludzku, trochę boisz się tego wyjazdu? To jednak drugi koniec świata, inna kultura, a nigdy nie wiadomo, co się stanie.

Strach zawsze jest, trzeba to powiedzieć otwarcie, dlatego też się o to modlę. Z drugiej strony bardzo silna, a może nawet bardziej dominująca, jest chęć pomagania, która ten strach zwalcza. Wiem, że mam dobre życie, wiele dobrego mnie spotkało i warto się tym podzielić z tymi, którym nie poszło tak dobrze. Wiem, że będzie ciężko - to nie będą te same warunki co w Polsce. Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że żeby być wolontariuszem, wystarczy chęć pomagania. Nie zawsze trzeba jechać na misję. Czasem jeszcze bardziej potrzebna jest pomoc finansowa. O taką pomoc również prosimy i zachęcamy do wsparcia naszego wyjazdu.